Witajcie w kolejnej recenzji, to już trzecia praktycznie z rzędu, jeśli chodzi o markę Coty. Najpierw recenzowałam dla Was Pret a Porter, potem Exclamation czyli słynny wykrzyknik, a teraz czas na kolejną klasykę gatunku, mianowicie L`aimant. Perfumy damskie jeśli chodzi o świat zapachów są najczęściej wyszukiwaną frazą w googlach w ostatnim czasie. Tendencję wzrostową w sprzedaży mają wciąż tanie perfumy arabskie, do których nie mam kompletnie chęci. Aż tak nie panikuję jak zapach jest mniej trwały. Polegam na swojej intuicji, na klasyce, dlatego dziś zdecydowałam się zrecenzować dla Was perfumy L`Aimant.
Jak pachnie obecna wersja L`Aimant?
To perfumy z bardzo dawnej szkoły - ich historia sięga roku 1927, kiedy to mistrz perfumiarstwa Vincent Roubert stworzył kompozycję, która miała być „magnesem” dla zmysłów i ducha elegancji. Francuskie słowo L’Aimant właśnie to oznacza - magnes Zaznaczę na samym początku - jeśli lubicie klimaty Chanel No. 5 (1921), Lanvin Arpege (1927) albo Gloria Vanderbilt (1982) to L`Aimant nazywam ich lżejszą wersją a ich nutą wspólną są aldehydy. Osobiście nigdy nie pałałam miłością do No.5, wolę Coco Mademoiselle albo Coco Noir, ale L`Aimant jako bardzo podobny zapach cenię za lekkość, "ogon" jaki pozostawia za sobą i to wrażenie luksusu, którego na codzień brakuje.
Rozwój nut zapachowych (czyli jak perfumy zmieniają się z czasem na skórze, jeśli świadomie testujemy, bo w ciągu dnia jesteśmy zabiegani i nie zawsze wychwycimy "ten moment" zmiany) jest tu wyraźnie klasyczny, z „tradycyjną opowieścią” w trzech "aktach":
1. Otwarcie (pierwsze minuty): To chwila, gdy zapach dopiero zaczyna działać - nuty są jasne, delikatne, świeże i od razu wyczuwalne. To pierwsze "spotkanie" z zapachem, łagodny ton, nie nachalny, nie wymuszony a elegancki.
- aldehydy nadają mu troszeczkę musującej lekkości,
- bergamotka oraz neroli dodają świeżego, kwiatowo - cytrusowego blasku i świeżości,
- brzoskwinia akcentuje subtelną słodycz, ale tak naprawdę jest tłem, typowej słodyczy tutaj nie doświadczycie niestety albo i stety.
2. Serce kompozycji (po około 15 - 30 minutach): Gdy aldehydy nieco się ulotnią, cudowne kwiaty wchodzą na scenę, to moment gdy opisywane perfumy odkrywają przed nami swoją "duszę", nabierają głębi i zmysłowości. Romantyzm, oczarowanie, delikatność, bez agresywnej ostrości czy słodyczy.
- jaśmin i ylang-ylang (jagodlin wonny) nadają zapachowi miękkiego ciepła, uwielbiam jaśmin w perfumach, świetnie komponuje się również z nutami zielonej herbaty - sprawdźcie recenzję perfum Oscar De La Renta Jasmine,
- róża wprowadza klasyczny akord (ujmę to) kobiecości, jest oczywiście metaliczna, pudrowa, świeża,
- orchidea i geranium wzmacniają kwiatową strukturę. Orchidea daje tutaj zróżniocowany aromat, przybiera "formę" zapachu nawet miodowego, cytrusowego, dzięki czemu kompozycja kojarzy się z luksusem, dodaje wspomnianej głębi, zmysłowości, jest znakomitym łącznikiem pomiędzy nutami głowy i bazy, o których zaraz opowiem.
3. Baza (nawet już po godzinie): Finał tej opowieści dziwnej treści jest ciepły i bardziej otulający, wówczas należy podjąć ostateczną decyzję czy zostać z tym zapachem na dłużej czy jednak wybrać coś innego. Nie podejmujmy decyzji po pięciu minutach, dajmy szansę każdym zapachom. W L`Aimant wszystkie nuty harmonijnie ze sobą współgraja mimo, że w moim odczuciu zapach jest jednostajny i nie zmienia się w czasie znacząco.
- wanilia i fasolka tonka dodają słodyczy i kremowego ciepła, ale tylko w naprawdę końcowej fazie zapachu, dosłownie tuż przed "zniknięciem" ze skóry,
- to drzewo sandałowe i wetiwer w moim odczuciu sprawiają, że dobrze się trzyma na skórze,
- piżmo oraz cedr dodają świetlistości i ciepła.
Czy te perfumy są warte zakupu?
Moim zdaniem - tak, jeśli szukacie czegoś klasycznego, ponadczasowego, nieagresywnego a przy tym w retro - mydlanym stylu. To zapach, który ma duszę i historię, nie ma w sobie obecnie modnych nut zapachowych tak jak oud, toffee, grejfrut, karmel czy pistacjo - podobne.
Tak:
- jest elegancki i romantyczny, idealny jeśli lubicie perfumy z klimatem starej szkoły,
- ma lekko pudrowy, kwiatowy charakter, nie jest mdły lecz raczej delikatnie otulający,
- projekcja i trwałość są dobre jak na wodę toaletową, ale nie tak intensywne jak wszechobecne "araby",
- niesie ze sobą klasyczny urok vintage, co wielu osobom przypomina zapachy z dawnych lat - jeśli cenicie historię perfum, to ogromny plus.
Podsumowanie:
Nie każdemu ten zapach się spodoba, głównie dlatego, iż klasyka perfum bywa dla współczesnego nosa nieco bardziej pudrowa i "alkoholowa" niż popularne nowoczesne składniki. Warto przetestować na skórze przed zakupem, jeśli macie taką możliwość. Dosłownie kropla do pierwszych testów naprawdę wystarczy.

Kasiu, niestety, ale nie znam tego zapachu, ale na pewno by mi się spodobał. Chociaż zapachy arabskie punktują u mnie, to nie waham się przy innych! Ani trochę, a co do klasyki to i ona ma miejsce w moim sercu.
OdpowiedzUsuńKasiu, co do trwałości perfum, to też podobnie, jak Ty, nie stanowi dla mnie tragedii, jeśli muszę psiknąć za jakiś czas ponownie.
P.S.
Bardzo ładny flakonik :)